Logo naszego centrum

Logo naszego centrum

sobota, 4 kwietnia 2009

WSPOMNIENIA WYPŁOSZONEGO NAUKOWCA


Jak wcześniej pisaliśmy, ferie nie były dla nas czasem odpoczynku – czekały na nas naprawdę wielkie rzeczy.
Przyszła kolej na odrobinę teorii, która przybliżyła nas do nauki przez wielkie N.
Co to jest eksperyment? Hipoteza? Weryfikacja hipotezy? Jasne!!!

Tak wyposażeni w wiedzę teoretyczną mogliśmy przystąpić do czynów.....

Następne zajęcia musieliśmy zaplanować razem, ponieważ otrzymaliśmy tylko 6 płytek do chromatografii TLC, a chcieliśmy zbadać jak najwięcej liści. Fasolki, które otrzymaliśmy, nie chciały z nami współpracować i zbutwiały po prostu. Postanowiliśmy więc rozejrzeć się po swoich piwnicach i parapetach i „wykopać” coś ciekawego.
Ostatecznie przyrządziliśmy liście z marchewki i buraków pastewnych, które nigdy nie widziały słonecznego blasku, a także z intensywnie pachnących liści pewnej rośliny, którą nasze mamy wtykają nam do bolących uszu, a której nazwy nikt nie potrafił sobie za nic przypomnieć i liści paprotki ogołoconej w pracowni komputerowej.
Wszystkie te liście po „wymęczeniu” na drewnianej deseczce trafiły do kąpieli w acetonie i czekały na dzień następny – swoje wielkie wejście.


Zanim jednak odbyły się wspólne zajęcia, każda grupa obejrzała prezentację na temat fotosyntezy i odszukała w internecie wiadomości, na czym polega chromatografia TLC, co to jest eluent, etiolowanie i rodzaje barwników występujących w liściach - wszystko stało się jasne. Żaden ksantofil nie mógł nas przerazić, o komorze chromatograficznej nie wspominając.Obejrzeliśmy także dostępne w internecie wyniki tego typu doświadczeń, żeby wiedzieć, czego się mogliśmy spodziewać.
Kasia z II grupy przygotowała nawet plansze z rysunkami i opisem fotosyntezy, które zawisły na tablicy w pracowni. Dominika natomiast schemat, który miał nam ułatwić planowanie procesu eksperymentowania (Hm...surfowanie jednak na coś sie przydaje).
Okazało się, że przygotowane dnia poprzedniego liście nie opierały się wcale i nie sprawiły nam zawodu,
podobnie jak liście fiołka alpejskiego, które dręczone w kąpieli przez Arka i Michała wydały z siebie przepiękny barwnik.Wyglądał, jak ten przysłany, wzorcowy.Byliśmy z siebie dumni – najbardziej Arek oczywiście.


Później zaczęło się żmudne nakładanie - kropla po kropli na płytki. Krystian, Damian i Patrycja pracowali dzielnie.

kilka chwil w komorze chromatograficznej...i można było podziwiać efekty naszych zmagań z pilnie strzeżonymi tajemnicami natury.

Następnym krokiem ku sekretom wnętrza roślin było badanie zawartości skrobi w liściach i bulwie ziemniaka. Wstęp zrobiliśmy przy okazji preparowania liści do chromatografii. Tu współpracowali Michał i Arek. Podczas gdy inni trenowali swoją cierpliwość nakładając krople na płytki, Arek stał się specjalistą od sporządzania roztworu jodyny, a Michał polewał nim co się dało i nie zdążyło uciec.

Młodzi badacze tajemnic natury nie byli jednak jeszcze usatysfakcjonowani. Postanowiliśmy przynieść różne smakołyki i sprawdzić, które z nich zawierają skrobię. Wstęp teoretyczny na temat skrobi znów zrobiła Kasia, a później na stół trafiły orzechy, banan, kisiel, cebula, gotowane ziemniaki, mąka, activia, ser pleśniowy, cukier puder i ryba. Jednym słowem wszystko, co komu przyszło do głowy, a raczej wpadło w ręce. Arek znów przygotował odpowiedni roztwór jodyny i każdy kolejno przeprowadził swoje badanie.

Niektórzy byli zawiedzeni, inni przerażeni, kiedy z pysznego kawałeczka nagle pozostawała czarna, odrażająca masa.
Które smakołyki zawierały skrobię? Były to - banan, kisiel, ziemniaki, mąka, activia i ser pleśniowy. Niby nic nadzwyczajnego, a ile emocji.
Ponieważ niektórym z nas zdarzyło się nie być na wszystkich zajęciach w czasie ferii, „szefowa” wymyśliła mały podstęp. W ramach „zadośćuczynienia” winowajcy mieli przygotować eksperyment wraz z całą otoczką w postaci przedstawienia hipotezy (i tych wszystkich strasznych pojęć od których cierpnie skóra) i analizy wyników eksperymentu.

Niektórzy próbowali korzystać z gotowców przygotowanych w czasie ferii przez kolegów i koleżanki i ratować skórę (niekoniecznie tylko swoją), ale....

Po pierwszej takie prezentacji okazało się, że każdy chciałby być winowajcą... Zrobił nam się z tego (zupełnie przypadkiem) mały „festiwal nauki”. Nie mogliśmy się opędzić od ciekawych kolegów, którzy wtargnęli do sali przy okazji pewnej szkolnej imprezy.
Dawid pompował balony dwutlenkiem węgla z wody mineralnej i pokazywał,że takie balony są cięższe, niż napompowane zwykłym powietrzem.

Michał przykrył palącą się świeczkę słoikiem i wyjaśnił, dlaczego zasysana jest do słoika woda.
Marcin łamał zapałki udowadniając, że konieczny do tego jest punkt podparcia - na nic same mięśnie.


Kasia i Patrycja walczyły z siłami oddziaływania międzycząsteczkowego. Widzieliśmy menisk wypukły, napięcie powierzchniowe i jak płyn do mycia naczyń niweczy wysiłki natury. A Patrycja pokazała walkę proszku do prania z olejem.



Arek walczył z ciśnieniem w szczelnie zamkniętym słoiku z rurką (Michał próbował skorzystać z napoju).



Najdłużej czekaliśmy na wynik eksperymantu Krystiana. Zaczęliśmy podejrzewać, że nas oszukał i nic w tym kartonie nie ma.
Ale nie zawiedliśmy się. Wreszcie ukazał się naszym oczom wybladły i wychudzony pęd ziemniaka, ktory miał do pokonania przygotowany wcześniej labirynt, aby dotrzeć do światła.

No i dotarła do nas tajemnicza plastikowa walizeczka z odczynnikami do badania wody, na którą czekaliśmy z niecierpliwością.

Zajęcia z przedsiębiorczości są ciekawe, ale możliwość wykonania samemu czegoś i opowiedzenia o tym, daje nieporównanie więcej satysfakcji.



Postanowiliśmy tym razem zaprosić gości nie czekając na ich wtargnięcie na nasze zajęcia. Wcześniej zrobiliśmy małą próbę z wodą z kranu i z akwarium, a do wspólnego spotkania przygotowaliśmy się poważnie.



Udało się zebrać próbki wody z bardzo wielu miejsc – z okolicznych miejscowości, ale także z Elbląga, Warszawy, Poznania, a nawet z Londynu. Dzięki temu każdy badacz miał własną próbkę i wykonywał sam jej analizę.



Uczniowie z innych klas z zainteresowaniem czekali na wyniki. Nawet woda z basenu strażackiego, w którym pływają bardzo osobliwe rzeczy (nie tylko ryby), miała wszystkie parametry w normie. Zaniepokoiła nas natomiast zawartość fosforanów w wodzie z Elbląga. Okazało się jednak, że to pomyłka jednego z naszych naukowców.

Do zadań obserwujących należało wykonanie plakatów z opisem specyfiki substancji, które były przez nas poszukiwane w próbkach wody.
Wszyscy mieli pełne ręce roboty.
I na koniec spotkania spóźniony (jak zawsze), ale wystrojony (zmienił bluzę na tę okazję!) Mateusz udowadniał, że słoik podgrzany łatwiej jest odkręcić.


Tak pracowaliśmy w I semestrze. Nie wszystkie zdjęcia zmieściły się tutaj, nie wszystkie emocje zostały tu zawarte. Bo to trudne. Ale możemy powiedzieć, że było Suuuper!

Teraz nadszedł trudny czas...






Wypuścić smoka, czy może wykopać topór wojenny i wystąpić przeciwko naszym braciom?
"Szefowa" przekazała nam regulamin konkursu i już wiemy, że nie wolno nam prowadzić bloga, jak dotychczas.

No cóż, zwarliśmy szyki,zrobiliśmy żółwika, jak nasi przodkowie i ruszyliśmy do boju.

O tym, jak pracujemy w II semestrze, przeczytacie na naszych blogach prowadzonych już oddzielnie:
Grupa I - www.spragnieniwiedzy.blogspot.com
i Grupa II - www.pogromcywiedzy.blogspot.com.
Do zobaczenia, mamy nadzieję...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz